Jen Hatmaker porzuciła dosłowne rozumienie piekła, co wpisuje się w jej inne odstępstwa i rodzi pytania o powagę ewangelii.
Jen Hatmaker, niegdyś ceniona przez wielu czytelników o przekonaniach ewangelicznych, ogłosiła niedawno na platformie Substack, że odrzuca dosłowne rozumienie piekła. Przedstawia tę zmianę jako uwolnienie od lęku wyniesionego z dzieciństwa i krok ku postrzeganiu Boga wyłącznie jako źródła dobra, bez uwzględnienia Jego sądu. Decyzja ta wpisuje się w dłuższy ciąg publicznych zmian stanowiska autorki, zapoczątkowany w 2016 roku poparciem dla związków osób tej samej płci. Później nastąpiły separacja małżeńska oraz odejście z dotychczasowej wspólnoty kościelnej.
Ogłoszenie i jego tło
Autorka opisuje odrzucenie nauki o wiecznej karze jako źródło ulgi i szansę na głębsze poznanie Bożego miłosierdzia. Z jej wypowiedzi wyłania się obraz Boga, który nie wymaga nawrócenia ani nie wymierza sądu, lecz towarzyszy człowiekowi niezależnie od dokonywanych przez niego wyborów. Takie przekonanie pojawia się coraz częściej w środowiskach, które wcześniej trzymały się biblijnego przesłania o odpowiedzialności za grzech.
Nie jest to odosobniona zmiana. Hatmaker od kilku lat publicznie kwestionuje kolejne elementy tradycyjnego nauczania, wskutek czego straciła więź z wieloma dawnymi czytelnikami. Jej wypowiedź pokazuje, jak odrzucenie jednej z nauk Pisma może prowadzić do podważania następnych.
Nauczanie Chrystusa o sądzie
Pan Jezus mówił jasno o rozdzieleniu ludzi u kresu czasów. W Ewangelii Mateusza czytamy: „pójdą ci na mękę wiekuistą, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego”. Słowa te nie mają zastraszać, lecz ukazują powagę wyboru, przed którym staje każdy człowiek. Chrystus wielokrotnie wspominał o ogniu nieugaszonym i robaku, który nie umiera, wskazując na konieczność pokuty.
Odrzucenie nauki o wiecznej karze pozbawia przesłanie Ewangelii jego ostatecznej powagi. Pozostaje wówczas jedynie zbiór moralnych wskazówek, oderwanych od rzeczywistości ostatecznego sądu. Apostoł Paweł ostrzegał, że nadejdzie czas, gdy ludzie „nie zniosą zdrowej nauki, lecz według swoich pożądliwości będą sobie gromadzić nauczycieli, mając uszy świerzbiące”.
Próby złagodzenia nauki o Bożym sądzie pojawiały się już w starożytności. Prowadziły do osłabienia wezwania do nawrócenia i zacierania różnicy między dobrem a złem. Współczesne głosy powtarzają ten schemat, przedstawiając Stwórcę jako Tego, który nie konfrontuje człowieka z jego winą.
Miłosierdzie bez sądu w praktyce
W Polsce podobne napięcia można dostrzec w dyskusjach o katechezie i kaznodziejstwie, zwłaszcza gdy unika się tematów grzechu i odpowiedzialności, aby nie zniechęcać słuchaczy. Zarówno w środowiskach protestanckich, jak i katolickich niektórzy duchowni podkreślają wyłącznie miłosierdzie, pomijając fragmenty Pisma mówiące o sądzie ostatecznym. Skutek jest podobny: słabnie poczucie pilnej potrzeby ewangelizacji, a życie zgodne z Bożymi przykazaniami zaczyna być postrzegane jako kwestia osobistego wyboru.
Ulga osiągnięta kosztem prawdy biblijnej okazuje się krótkotrwała. Rezygnacja z ewangelizacji i głoszenia o Bożym sądzie oznacza zarazem odejście od istoty Ewangelii, która wzywa każdego człowieka, by opowiedział się po stronie Chrystusa. W Polsce, gdzie szybko postępuje sekularyzacja, taka rewizja nauczania jeszcze bardziej osłabia motywację do składania świadectwa.
O prześladowaniu ewangelików:
Kronika miasta Boguszow-Gottesberg (Boża Góra) - kliknij, aby dowiedzieć się więcej












