Historia Stephena Phillipa Jamesa ukazuje, jak kryzysy obnażają iluzję samowystarczalności i prowadzą do pokuty opartej na Piśmie.
Stephen Philip James, starszy duchowny Kościoła Baptystycznego Steven Springs w Karolinie Północnej, przez dziesięciolecia zachowywał pozory wiary, która nie wynikała z osobistego spotkania z Bogiem. Wychowany w środowisku kościelnym, przyswoił chrześcijańskie zwroty i zwyczaje, lecz nie rozumiał, dlaczego człowiek potrzebuje Chrystusa. Wydawało mu się, że studia, przejęcie agencji ubezpieczeniowej i małżeństwo wystarczą, by zapewnić mu trwałe poczucie bezpieczeństwa i sensu. Wiara pozostawała dla niego czymś zewnętrznym, dopóki około czterdziestego roku życia seria ciężkich doświadczeń nie zburzyła tej konstrukcji.
Złudzenie stabilności opartej na własnych siłach
Życie układało się pomyślnie, dlatego James uznał, że wystarczą mu kompetencje i pracowitość. Codzienne decyzje podporządkowywał własnym planom, a relacja z Bogiem nie miała wpływu na jego wybory. Sukcesy zawodowe i rodzinne utwierdzały go w przekonaniu, że człowiek może sam zapewnić sobie bezpieczeństwo i wyznaczyć cel życia. Taka postawa jest częsta również wśród nas, gdy powodzenie w życiu zawodowym lub rodzinnym przesłania potrzebę codziennego polegania na Bogu.
W Polsce wielu chrześcijan wychowanych w wierzących rodzinach przejmuje religijne zwyczaje, nie pytając o stan własnego serca. Może się im wydawać, że wystarczą regularny udział w nabożeństwach i znajomość podstawowych doktryn. Tymczasem Biblia Warszawska wyraźnie stwierdza: „Gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej” (Rz 3,23; BW). Fragment ten nie mówi jedynie o pojedynczych upadkach, lecz wskazuje na głęboko zakorzenioną skłonność ludzkiego serca do życia z dala od Boga.
Gdy zawodzą zewnętrzne źródła oparcia
Ciężka choroba zagrażająca życiu, rozpad małżeństwa i problemy finansowe ujawniły kruchość pewności pokładanej we własnych siłach. To, co James uważał za stabilność, okazało się złudzeniem. W takich chwilach człowiek staje twarzą w twarz z własnymi ograniczeniami i winą. Jego przyjaciel, emerytowany duchowny, nie poprzestał na ogólnikach, lecz przedstawił mu naukę Listu do Rzymian o powszechności grzechu oraz zbawieniu wyłącznie przez wiarę w zmartwychwstałego Chrystusa.
Bezradność przygotowała Jamesa na przyjęcie tych słów. Cierpienie nie dowodzi prawdziwości chrześcijaństwa, lecz może pozbawić człowieka złudzenia, że da się żyć bez konieczności zdania sprawy przed Bogiem. James podkreśla, że Kościół często sprowadza swoje przesłanie do zaproszenia, by „podjąć decyzję”. Tymczasem Pismo Święte wzywa człowieka, by najpierw rozpoznał swój rzeczywisty stan.
Uznanie własnego grzechu jako warunek prawdziwej wiary
Bez zrozumienia, że grzech jest nie tylko zbiorem czynów, lecz także stanem człowieka, nawrócenie staje się powierzchowne. List do Rzymian ukazuje, że sprawiedliwość Boża objawia się niezależnie od uczynków, przez wiarę w Chrystusa (Rz 3,21–22; BW). Taka wiara rodzi się, gdy człowiek uznaje swoją winę i przyjmuje ofiarę Zbawiciela. W naszym kraju toczą się dyskusje o tym, jak głosić Ewangelię młodemu pokoleniu, które często zna religijne zwyczaje, lecz nie dostrzega własnej potrzeby zbawienia.
Historia Jamesa pokazuje, że kryzys nie jest celem samym w sobie. Może jednak stać się narzędziem prowadzącym do przemiany i głębokiego zakorzenienia życia w Chrystusie. To jedno ze świadectw, których potrzebujemy w świecie pełnym obietnic samowystarczalności.
O prześladowaniu ewangelików:
Kronika miasta Boguszow-Gottesberg (Boża Góra) - kliknij, aby dowiedzieć się więcej












