Wieczorem 3 stycznia świat obiegła wiadomość o spektakularnej operacji wojskowej przeprowadzonej przez Stany Zjednoczone w Caracas. Jej efektem było ujęcie Nicolása Maduro – przywódcy Wenezueli, od lat oskarżanego o brutalne rządy, korupcję i powiązania z międzynarodowym handlem narkotykami. Schwytany dyktator został natychmiast przewieziony do Nowego Jorku, gdzie postawiono mu zarzuty związane z przestępczością zorganizowaną i destabilizacją regionu. Jak podkreślili prezydent Donald Trump oraz sekretarz stanu Marco Rubio, decyzja o akcji miała związek z bezpieczeństwem międzynarodowym i skalą zagrożeń, jakie od lat płynęły z Wenezueli.
To wydarzenie, choć bezprecedensowe, stało się punktem zapalnym gorącej debaty. Pojawiły się pytania o granice suwerenności, prawo międzynarodowe oraz o to, czy w obliczu skrajnego zła interwencja z zewnątrz może być moralnie usprawiedliwiona. Te pytania nie są abstrakcyjne – dotyczą realnego cierpienia milionów ludzi.
Państwo, które obróciło się przeciw własnym obywatelom
Wenezuela jeszcze niedawno była krajem bogatym w zasoby i nadzieję. Dziś jest symbolem upadku państwa. Rządy Maduro przyniosły terror, zapaść gospodarczą i masową emigrację. Miliony ludzi uciekły przed głodem, przemocą i brakiem podstawowej opieki medycznej. Ci, którzy zostali, żyją w cieniu strachu i bezprawia. Władza, zamiast chronić obywateli, stała się narzędziem ich ucisku.
W tym kontekście pytanie o moralność interwencji nabiera innego ciężaru. Czy obrona suwerenności może być absolutna, gdy państwo samo systematycznie niszczy życie i godność swoich obywateli? Czy brak reakcji nie staje się cichym przyzwoleniem na zło?
Gdy władza traci swój moralny mandat
Władza nigdy nie jest jedynie technicznym mechanizmem rządzenia. Ma wymiar moralny. Pismo Święte wskazuje, że rządzący są powołani do strzeżenia dobra i karania zła, a nie do budowania własnej potęgi kosztem narodu. Apostoł Paweł pisał, że władza pochodzi od Boga, ale tylko wtedy, gdy realizuje sprawiedliwość (Rz 13:1–2 BW). Gdy staje się tyranią, traci swój moralny mandat.
Historia Wenezueli pokazuje, do czego prowadzi odrzucenie tej odpowiedzialności. Reżim Maduro nie tylko zawiódł własnych obywateli, ale stał się źródłem destabilizacji dla całego regionu, współpracując z kartelami narkotykowymi i strukturami przestępczymi. W takiej rzeczywistości interwencja przestaje być jedynie aktem politycznym – staje się próbą zatrzymania spirali zła.
Odpowiedzialność, której nie da się zignorować
Sprawa Wenezueli dotyka jednak czegoś więcej niż jednego kraju. Stawia pytanie o odpowiedzialność wspólnoty międzynarodowej. Czy świat ma prawo milczeć, gdy całe społeczeństwo jest niszczone przez własną władzę? Historia uczy, że obojętność wobec niesprawiedliwości prowadzi jedynie do jej eskalacji. „Sprawiedliwość wywyższa naród, lecz grzech jest hańbą ludów” – ostrzega Księga Przysłów (Prz 14:34 BW). To zdanie brzmi dziś wyjątkowo aktualnie.
Nie chodzi o narzucanie jednego modelu politycznego ani o siłowe „naprawianie świata”. Chodzi o obronę podstawowych wartości: życia, wolności i godności człowieka. Gdy te wartości są deptane, a państwo staje się narzędziem przemocy, wspólnota międzynarodowa staje przed moralnym wyborem.
Lekcja, która dotyczy wszystkich
Wydarzenia w Wenezueli są przestrogą dla każdego narodu. Pokazują, jak szybko władza może zatracić swój sens i jak tragiczne są tego konsekwencje. Interwencja USA, niezależnie od ocen prawnych jest próbą odpowiedzi na zło, które narastało latami. Jedno pozostaje pewne: rządzący, którzy zdradzają sprawiedliwość, wcześniej czy później pociągają za sobą całe społeczeństwa ku upadkowi.
Historia Wenezueli przypomina, że moralna odpowiedzialność nie jest dodatkiem do polityki. Jest jej fundamentem. Bez niej każda władza prędzej czy później obraca się przeciw człowiekowi.
O prześladowaniu ewangelików:

Kronika miasta Boguszów-Gottesberg (Boża Góra) – kliknij, aby dowiedzieć się więcej
Kirk Peter Johanson








