Społeczeństwo, które traci orientację
Żyjemy w czasach, w których człowiek coraz częściej nie wie już, czym jest dobro, a czym zło. To nie jest drobne pęknięcie w kulturze. To jest głęboki kryzys orientacji moralnej. Coraz więcej ludzi patrzy na własne społeczeństwo i widzi nie wspólnotę, lecz rozpad. Nie widzi ładu, lecz chaos. Nie widzi zaufania, lecz podejrzliwość.
To powinno nas zatrzymać.
Bo kiedy człowiek zaczyna wątpić w moralność otaczających go ludzi, nie chodzi już tylko o różnicę poglądów. Chodzi o coś znacznie głębszego. Chodzi o utratę wspólnego kodu dobra i zła. A bez niego nie da się zbudować ani rodziny, ani narodu, ani cywilizacji.
Społeczeństwo może przetrwać biedę. Może przetrwać konflikty. Może nawet przetrwać błędy polityczne. Ale nie przetrwa długo, jeśli utraci moralny kręgosłup.
Gdy polityka zatruwa sumienie
Jednym z najbardziej niepokojących znaków naszych czasów jest to, że ludzie coraz częściej nie tylko nie zgadzają się ze sobą politycznie, ale zaczynają uważać się nawzajem za moralnie zepsutych. To już nie jest spór o kierunek państwa. To jest wojna o to, kto ma prawo nazywać siebie człowiekiem przyzwoitym.
A to oznacza wejście w bardzo niebezpieczny etap.
Kiedy przeciwnik polityczny przestaje być człowiekiem błądzącym, a staje się wrogiem moralnym, kończy się możliwość rozmowy. Kończy się szacunek. Kończy się zdolność do budowania czegokolwiek wspólnie. Wtedy nie ma już społeczeństwa. Są tylko walczące plemiona.
To właśnie dzieje się wtedy, gdy polityka zajmuje miejsce sumienia, a ideologia zastępuje prawdę.
Człowiek zaczyna oceniać dobro i zło nie według trwałych zasad, lecz według partyjnej lojalności. Wtedy zdrada nazywana jest odwagą, pycha – autentycznością, a nienawiść – sprawiedliwością. I tak rodzi się świat, w którym wszystko można usprawiedliwić, jeśli służy „naszej stronie”.
To nie jest dojrzałość. To jest moralne cofnięcie się do poziomu plemiennego instynktu.
Kiedy normy stają się płynne
Współczesny człowiek bardzo chętnie mówi o wolności, ale znacznie mniej chętnie mówi o odpowiedzialności. Chce decydować sam, lecz nie chce uznać, że nie każda decyzja prowadzi do dobra. I właśnie tutaj zaczyna się dramat.
Jeżeli moralność staje się wyłącznie sprawą osobistego odczucia, to przestaje być moralnością, a staje się nastrojem. Jeśli dobro zależy od tego, co mi odpowiada, a zło od tego, co mnie ogranicza, to człowiek nie kieruje się już prawdą, lecz impulsem.
A impuls jest fatalnym przewodnikiem.
Człowiek nie staje się lepszy dlatego, że zrzucił z siebie wszelkie granice. Granice nie są jego wrogiem. Często są jego ratunkiem. Dyscyplina nie niszczy wolności. Ona ją porządkuje. Prawo moralne nie jest więzieniem. Jest drogowskazem.
Społeczeństwo, które śmieje się z wierności, powściągliwości, odpowiedzialności i samokontroli, nie staje się nowoczesne. Staje się niedojrzałe. A niedojrzałość ubrana w język postępu nadal pozostaje niedojrzałością.
Człowiek bez Boga bardzo szybko stawia siebie na tronie
Jednym z najważniejszych pytań naszych czasów nie jest to, czy człowiek potrafi mówić o moralności bez odwołania do Boga. Oczywiście, że potrafi. Pytanie brzmi: jak długo utrzyma moralność, jeśli odetnie ją od źródła, które nadaje jej ostateczny sens, wagę i trwałość?
Bo jeśli nie istnieje nic ponad człowiekiem, to człowiek sam zaczyna ustalać, co jest dobre. A kiedy człowiek sam staje się najwyższą instancją, zazwyczaj nie kończy się to mądrością. Kończy się pychą.
Bez odniesienia do czegoś większego niż jednostka moralność zaczyna się kruszyć. Najpierw powoli. Potem gwałtownie. Najpierw podważa się jedną zasadę. Potem drugą. W końcu zostaje tylko język emocji i interesów. A wtedy silniejszy zawsze znajdzie sposób, by nazwać swoje pragnienie dobrem.
Pismo Święte nie bez powodu wzywa człowieka do stałości, do wierności, do zakorzenienia w tym, co nie pochodzi z chwilowej mody ani z kaprysu epoki. Człowiek nie potrzebuje kolejnej rewolucji moralnej. Potrzebuje powrotu do prawdy, która go przekracza i porządkuje.
Media, kultura masowa i tresura pragnień
Współczesny świat nie tylko informuje. On formuje. A często deformuje.
Codziennie człowiek bombardowany jest przekazem, który mówi mu: żyj dla siebie, bierz natychmiast, nie odmawiaj sobie niczego, nie pytaj o sens, nie pytaj o konsekwencje, nie pytaj o prawdę. Liczy się przyjemność, wizerunek, wygoda i sukces mierzony posiadaniem.
To nie jest neutralne.
Człowiek staje się tym, czemu oddaje swoją uwagę. Jeśli więc nieustannie karmi się chaosem, pożądaniem, agresją, cynizmem i próżnością, to nie powinien być zdziwiony, że jego wnętrze zaczyna wyglądać dokładnie tak samo.
Najgroźniejsze w tym wszystkim jest to, że zło bardzo rzadko przedstawia się jako zło. Przychodzi jako wyzwolenie. Jako nowoczesność. Jako odwaga bycia sobą. Ale jeśli „bycie sobą” oznacza życie bez prawdy, bez granic i bez odpowiedzialności, to nie jest to wolność. To jest dobrze opakowane zniewolenie.
Dlatego człowiek musi nauczyć się odmawiać światu prawa do definiowania jego sumienia. Musi umieć powiedzieć: nie wszystko, co popularne, jest dobre. Nie wszystko, co głośne, jest prawdziwe. Nie wszystko, co modne, jest warte naśladowania.
Rozpad wspólnoty zaczyna się od zaniku miłości bliźniego
Nie da się zbudować zdrowego społeczeństwa na wzajemnej pogardzie. To niemożliwe.
Jeżeli ludzie patrzą na siebie wyłącznie przez pryzmat klas, partii, ideologii, grup interesu i tożsamości, to przestają widzieć człowieka. A kiedy przestają widzieć człowieka, przestają też czuć wobec niego odpowiedzialność.
Wtedy sąsiad nie jest już bliźnim. Jest przeszkodą.
Współobywatel nie jest już partnerem. Jest zagrożeniem.
Człowiek o innych poglądach nie jest już kimś, kogo trzeba przekonać. Jest kimś, kogo trzeba upokorzyć.
To jest prosta droga do społecznego rozkładu.
Miłość bliźniego nie jest sentymentalnym dodatkiem do religii. Jest fundamentem cywilizacji. Bez niej zostaje tylko chłodna kalkulacja siły i interesu. A tam, gdzie wszystko opiera się na interesie, prędzej czy później zwycięża brutalność.
Moralny upadek zawsze uderza w następne pokolenie
Nigdy nie chodzi tylko o nas. Nigdy.
Każde pokolenie przekazuje następnemu nie tylko majątek, język i instytucje, ale również sposób odróżniania dobra od zła. Jeśli więc dorośli żyją tak, jakby prawda była płynna, wierność śmieszna, ofiara zbędna, a odpowiedzialność opcjonalna, to dzieci nie nauczą się cnót. Nauczą się chaosu.
A chaos ma wysoką cenę.
Dzieci potrzebują świata, w którym słowo coś znaczy, małżeństwo coś znaczy, obowiązek coś znaczy, wiara coś znaczy, a człowiek nie zmienia zasad tylko dlatego, że jest mu akurat niewygodnie. Potrzebują dorosłych, którzy nie tylko mówią o wartościach, ale są ich żywym przykładem.
Nie uratujemy przyszłości samymi hasłami. Przyszłość ratuje się przez charakter.
Ratunek nie przyjdzie z systemu, lecz z nawrócenia
Największym złudzeniem współczesnego człowieka jest przekonanie, że kryzys moralny można naprawić wyłącznie przez nowe przepisy, nowe programy, nowe kampanie i nowe strategie komunikacyjne. To za mało. O wiele za mało.
Bo problem jest głębszy.
Kryzys moralny to kryzys serca, sumienia i prawdy. A tego nie naprawi żadna technokracja. Nie naprawi tego marketing. Nie naprawi tego państwo. Nie naprawi tego nawet sama edukacja, jeśli nie będzie zakorzeniona w czymś trwałym.
Potrzebujemy powrotu do fundamentów.
Potrzebujemy odwagi, by nazwać zło złem.
Potrzebujemy pokory, by uznać, że człowiek nie jest sam dla siebie wystarczającym prawodawcą.
Potrzebujemy wiary, która nie jest dodatkiem do życia, lecz jego osią.
Potrzebujemy ludzi, którzy znów będą gotowi żyć według zasad, a nie tylko o nich dyskutować.
To jest ciężka droga. Ale jedyna prawdziwa.
Czas przestać udawać
Nie stoimy przed drobnym kryzysem obyczajowym. Stoimy wobec pytania, czy cywilizacja zbudowana na prawdzie, odpowiedzialności i wierze ma jeszcze wolę, by sama siebie ocalić.
To nie jest moment na miękki język.
To nie jest moment na uspokajające kłamstwa.
To nie jest moment na udawanie, że wszystko da się pogodzić, nawet wtedy, gdy dobro i zło stoją naprzeciw siebie.
Jeśli człowiek porzuca Boga, porzuca również ostateczny fundament moralnego porządku. Jeśli porzuca prawdę, pozostaje mu tylko siła, emocja i interes. A to nigdy nie prowadzi do odrodzenia. To prowadzi do rozpadu.
Dlatego trzeba wrócić do tego, co twarde, trwałe i prawdziwe. Do odpowiedzialności. Do samodyscypliny. Do wierności. Do prawdy. Do miłości bliźniego. Do Bożego porządku.
Bo tylko na takim fundamencie można odbudować człowieka.
A jeśli nie odbudujemy człowieka, nie odbudujemy niczego.
O prześladowaniu ewangelików:

Kronika miasta Boguszów-Gottesberg (Boża Góra) – kliknij, aby dowiedzieć się więcej
Kirk Peter Johanson







